|
środa, 19 października 2011
Paranoja: grasz w pokera ze znajomymi, możesz trafić do więzienia
Właśnie włączyłam programy informacyjne, a tam donoszą o zatrzymaniu 100 osób w Szczecinie. Nie, to nie relacja z rozbitej siatki porywaczy biznesmenów. To doniesienie o zatrzymaniu 100 osób grających w pokera na urodzinach kolegi. Polskie ustawodawstwo co pewien czas wspina się na Himalaje absurdu. Tak jest też w przypadku tej ustawy. Jeśli ma miejsce turniej pokerowy, nawet jeśli jest on na guziki, można odpowiedzieć za udział w tej zabawie przed sądem. To paranoja, że nie można swobodnie grać w pokera, rozwijając w ten sposób swoje zdolności intelektualne i dobrze się bawiąc. Turnieje pokerowe mogą mieć miejsce w specjalnie przeznaczonych do tego celu lokalach. Jest to nabijanie kiesy właścicielom tychże lokali. Należę do osób uwielbiających spędzać czas na rozgrywkach w karty. Wprawdzie z przyjaciółmi gram w makao i remika dla zabawy, ale kto wie, kiedy i te zabawy trafią na czarną listę?
środa, 12 października 2011
Powołam, odwołam
Ta sprawa zbulwersowała mnie na tyle, że pomimo późnej pory, odczuwam potrzebę podzielenia się swoimi odczuciami z większym gronem. W dzisiejszych programach informacyjnych można było zapoznać się z cudownym pomysłem Donalda Tuska, który postanowił na razie powołać rząd bez zmian, a następnie po oddaniu prezydencji unijnej, zmodyfikować jego skład. Pomysł jest tak idiotyczny, że aż krzyczy o komentarz. Po pierwsze, po co utrzymywać przez kolejne miesiące osoby, które sobie nie radziły. Przez te parę miesięcy dalej będą źle wywiązywać się ze swoich funkcji. Interes Polski powinien być najważniejszy, tym bardziej, że UE nie zrobią różnicy zmiany personalne, bo i tak muszą one zajść, są konsekwencją wyborów, które miały miejsce w minioną niedzielę. Po drugie, jak można tak marnotrawić publiczne pieniądze. Najpierw zatrudnimy kogoś, potem go wywalimy, a na koniec za te roszady zapłacą podatnicy, którzy ufundują odprawy. Po trzecie, Tusk zaczął się zanadto rządzić, zanim jeszcze to jemu została powierzona misja utworzenia rządu. Przemawia przez niego pycha.
wtorek, 11 października 2011
Więcej kobiet w Sejmie-sukces ustawy
Przeglądam właśnie wyniki wyborów w poszczególnych okręgach i muszę stwierdzić, że ustawa gwarantująca 30% miejsc na listach kobietom przyniosła rezultaty. Ilość posłanek wzrosła i to widocznie. W Lublinie wyjątkowo dużo kobiet dostało się do Sejmu:) Zresztą nie tylko tam. Owszem, są wciąż miejsca, gdzie niemal w ogóle nie ma posłanek, np. w Chełmie jest tylko jedna z PSL, ale to też sukces. Do tej pory z PSL miał tylko jedną posłankę-Ewę Kierzkowską, która prawdopodobnie tym razem się nie dostała.Tym razem partia ludowców może pochwalić się z całą pewnością dwoma posłankami. Najbardziej ubolewam nad tym, że do Sejmu nie dostała się Katarzyna Piekarska, którą uważam za osobę niezwykle mądrą i wyważoną. Cieszę się natomiast z faktu, że do Sejmu weszła pani Szmajdzińska, która nie grała na uczuciach wyborców katastrofą smoleńską, ale mówiła o dobrym prawie. Ludzie mając możliwość oddania głosu na kobietę, decydują się na to. Racji nie mieli ci, którzy twierdzili, że wprowadzanie kobiet w ilości co najmniej 30% wszystkich kandydatów na listach, nic nie da, bo kobiet nikt nie chce wybierać. I ci, którzy twierdzili, że zabraknie chętnych do rządzenia. Znalazły się i kandydatki i ich wyborcy. Ta ustawa to krok w dobrym kierunku, w kierunku prawdziwej demokracji. Więcej kobiet w Sejmie-sukces ustawy
Przeglądam właśnie wyniki wyborów w poszczególnych okręgach i muszę stwierdzić, że ustawa gwarantująca 30% miejsc na listach kobietom przyniosła rezultaty. Ilość posłanek wzrosła i to widocznie. W Lublinie wyjątkowo dużo kobiet dostało się do Sejmu:) Zresztą nie tylko tam. Owszem, są wciąż miejsca, gdzie niemal w ogóle nie ma posłanek, np. w Chełmie jest tylko jedna z PSL, ale to też sukces. Do tej pory z PSL miał tylko jedną posłankę-Ewę Kierzkowską, która prawdopodobnie tym razem się nie dostała.Tym razem partia ludowców może pochwalić się z całą pewnością dwoma posłankami. Najbardziej ubolewam nad tym, że do Sejmu nie dostała się Katarzyna Piekarska, którą uważam za osobę niezwykle mądrą i wyważoną. Cieszę się natomiast z faktu, że do Sejmu weszła pani Szmajdzińska, która nie grała na uczuciach wyborców katastrofą smoleńską, ale mówiła o dobrym prawie. Ludzie mając możliwość oddania głosu na kobietę, decydują się na to. Racji nie mieli ci, którzy twierdzili, że wprowadzanie kobiet w ilości co najmniej 30% wszystkich kandydatów na listach, nic nie da, bo kobiet nikt nie chce wybierać. I ci, którzy twierdzili, że zabraknie chętnych do rządzenia. Znalazły się i kandydatki i ich wyborcy. Ta ustawa to krok w dobrym kierunku, w kierunku prawdziwej demokracji. Więcej kobiet w Sejmie-sukces ustawy
Przeglądam właśnie wyniki wyborów w poszczególnych okręgach i muszę stwierdzić, że ustawa gwarantująca 30% miejsc na listach kobietom przyniosła rezultaty. Ilość posłanek wzrosła i to widocznie. W Lublinie wyjątkowo dużo kobiet dostało się do Sejmu:) Zresztą nie tylko tam. Owszem, są wciąż miejsca, gdzie niemal w ogóle nie ma posłanek, np. w Chełmie jest tylko jedna z PSL, ale to też sukces. Do tej pory z PSL miał tylko jedną posłankę-Ewę Kierzkowską, która prawdopodobnie tym razem się nie dostała.Tym razem partia ludowców może pochwalić się z całą pewnością dwoma posłankami. Najbardziej ubolewam nad tym, że do Sejmu nie dostała się Katarzyna Piekarska, którą uważam za osobę niezwykle mądrą i wyważoną. Cieszę się natomiast z faktu, że do Sejmu weszła pani Szmajdzińska, która nie grała na uczuciach wyborców katastrofą smoleńską, ale mówiła o dobrym prawie. Ludzie mając możliwość oddania głosu na kobietę, decydują się na to. Racji nie mieli ci, którzy twierdzili, że wprowadzanie kobiet w ilości co najmniej 30% wszystkich kandydatów na listach, nic nie da, bo kobiet nikt nie chce wybierać. I ci, którzy twierdzili, że zabraknie chętnych do rządzenia. Znalazły się i kandydatki i ich wyborcy. Ta ustawa to krok w dobrym kierunku, w kierunku prawdziwej demokracji.
niedziela, 09 października 2011
Międzynarodowy Tydzień Zwierząt- adopcja niechcianych czworonogów
Myślę, że zawsze warto przypomnieć o tym, że obchodzimy właśnie Międzynarodowy Tydzień Zwierząt. Jest to czas, w którym dużo mówi się o adopcji zwierząt. Wczoraj w Polsat News pokazano relację z gdyńskiego schroniska, w którym to psy i koty czekają na nowych właścicieli. Nie każdy z nas nadaje się na właściciela, nie każdy z nas może wziąć zwierzaka do domu. Powody są różne, jak choćby mąż mający alergię na sierść psów. Jednakże i w tym przypadku można znaleźć rozwiązanie problemu. Zawsze można zostać wolontariuszem schroniska w naszej miejscowości. Wyprowadzać psy na spacer, bawić się z nimi. One bardzo potrzebują towarzystwa człowieka, jego uwagi. O ile schroniska, zwłaszcza te w większych miastach są w stanie zapewnić czworonogom żywność pochodzącą z resztek z okolicznych zakładów mięsnych, o tyle nie da się tak łatwo zaspokoić społecznych potrzeb psów czy kotów. Pracownicy schronisk nie są w stanie wyjść z każdym psem na spacer. Sama adoptowałam swojego psinę ze schroniska. Gdy dzień po uśpieniu mojej przyjaciółki, pojechałam do schroniska wybrać nowego psiaka, serce mi się krajało. Każdy zwierzak do mnie podbiegał, łasił się, chcąc zaskarbić sobie tym moją przychylność. Niestety, mieszkam w bloku, mogłam zatem zabrać ze schroniska tylko jednego zwierzaka, maksymalnie średniej wielkości. Mój wybór padł na 3-letnią kundelkojamniczkę, która została wyrzucona, gdy jej właściciele zorientowali się, ze jest w ciąży. Urodziła dziesięcioro szczeniąt, które szybko znalazły nowe domy. Szczeniaki są najchętniej adoptowane. Mi akurat wiek nie robił różnicy. W mojej brązowej suni urzekła mnie euforia, z którą do mnie podbiegła. Do dzisiaj jej to zostało. Za każdym razem, gdy wracam z pracy, wita mnie, podskakując do kolan, czasami przynosi mi jakąś kość albo zaczyna lizać moją stopę. Na dodatek jest psem obronnym, choć nie wygląda. Gdy szarpałam się z nieznanym facetem na ulicy, ona się na niego rzuciła, co go zaskoczyło i pozwoliło nam uciec. Nawiązując do samej adopcji, to w schronisku w moim mieście jest cała procedura, którą trzeba przejść. Pracownik schroniska musi przyjechać do domu w celu sprawdzenia warunków bytowych, zebrać opinie sąsiadów i trzeba się liczyć z jego wizytą podczas pierwszego miesiąca od adopcji. Zwierzę może zostać odebrane, jeśli pracownik stwierdzi, że nie są spełniane odpowiednie warunki. Jeśli bierzemy szczeniaka, zobowiązujemy się go wysterylizować na własny koszt w odpowiednim czasie i trzeba zanieść stosowne zaświadczenie do schroniska. Moim zdaniem bardzo dobrze się dzieje, że opracowano taką skomplikowaną procedurę. Mam nadzieję, że dzięki niej nastąpi przesiew i osoby nieodpowiedzialne, nie skrzywdzą zwierząt. Ja miałam dużo szczęścia, bo pracownica schroniska mieszka parę bloków obok mnie i w tym samym dniu przywiozła mi psa, wracając do domu. Aczkolwiek normalnie trzeba czekać do tygodnia, żeby pracownik przyjechał do nas sprawdzić, w jakich warunkach będzie mieszkać zwierzę. Adopcja psa to ogromna odpowiedzialność. Idąc na imprezę do przyjaciół, muszę pamiętać, ze rano muszę być w domu, żeby ją wyprowadzić na spacer. Najgorzej jest, gdy muszę zostać w pracy do późna i nie mam dłuższej przerwy, by podskoczyć do domu i ją wyprowadzić. W takich sytuacjach można raz na jakiś czas poprosić kogoś o pomoc, ale nie można z tego korzystać notorycznie. Moja mama może podjechać do mnie i wyprowadzić mojego psa na spacer raz na pół roku, ale nie codziennie przez 365 dni w roku. Dlatego trzeba wziąć parę rzeczy pod uwagę, zanim zdecydujemy się na adopcję. Największym świństwem, jakie można zrobić zwierzęciu, jest oddanie go z powrotem do schroniska, bo nie sprostał naszym oczekiwaniom. Zawsze warto porozmawiać z pracownikami ośrodkami nt. przeszłości psa i nie brać do bloku czworonoga, który wcześniej pilnował podwórka albo który ma chory pęcherz i nie jest w stanie powstrzymać moczu.
piątek, 07 października 2011
Kobiety w kampanii wyborczej
W niedzielę o 7 rano pierwsi obywatele i obywatelki pójdą do urn. W związku z powyższym jesteśmy dziś bombardowani doniesieniami nt. kampanii wyborczej. W natłoku informacji parę rzeczy przykuło moją uwagę. Po pierwsze, partie startujące w wyborach mają zawsze lidera. Żadna z nich, nawet nowo powstałe, nie mają szefowej. Partiami rządzą mężczyźni, którzy to mają największy wpływ na obsadzanie list wyborczych, dlatego pomimo przyjętej ustawy gwarantującej 30% miejsc dla kobiet na listach, kobiety nadal są niezauważalne. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ nie jest nigdzie powiedziane, ze kobieta musi być w pierwszej trójce. Kandydatki na posłanki zajmują miejsca pośrodku listy bądź na jej szarym końcu. Na kampanię poszczególnych kandydatów wędrują środki proporcjonalne do zajmowanego miejsca. Brak kobiet na konwencjach. W mediach ciągle mówi się o przemówieniach, wygłoszeniu obietnic wyborczych, ale na mównicy na próżno szukać kobiety. Paniom nie wolno zabrać głosu i przedstawić stanowiska swojej partii. Niskie miejsca kobiet na listach wyborczych. Początkowo naiwnie myślałam, że tylko u mnie w mieście kobiety zamykają listy. Jak już widziałam niewielki plakat wyborczej którejś z kandydatek i nawet się ucieszyłam, że może będę miała na kogo oddać swój głos, to okazywało się, że kandydatka zajmuje miejsce 17, 20, 23. Dzisiaj w "Wydarzeniach" mowa była o numerologii. Żeby zostać zauważonym najlepiej startować z pierwszego albo ostatniego miejsca, środek nie jest zbyt dobry. I kto wypowiadał się nt. swojego ostatniego miejsca? Głównie kobiety. Niestety, nawet jeśli kandydatka z ostatniego miejsca uzbiera więcej głosów od swojego lidera, to i tak ordynacja wyborcza promuje lidera. Te kobiety zbierają głosy na swoją partię i kolegów, bo to oni są obsadzeni na najlepszych miejscach. Bardzo mała liczba kobiet pośród kandydatów do Senatu, to kolejny problem. Jednomandatowe okręgi wyborcze w przypadku startowania do tej izby parlamentu, bardzo mi się spodobały, bo takie rozwiązanie otwiera drzwi dla osób związanych z regionem, którzy mają pomysły, ale niekoniecznie są związani z jakąkolwiek partią. Ta niezależność daje im możliwość wywiązania się z przedwyborczych obietnic. Niestety, te zmiany nie przełożyły się na ilość kandydatek na senatorki. Tych wciąż jest bardzo mało albo nie ma ich w ogóle. Nawiasem mówiąc, w tym roku kandydaci do senatu są traktowani po macoszemu, jest ich niewielu, większość stanowią osoby związane z partią, niewiele miejsca poświęca się ich kandydaturom. Kobiety w reklamach robią za tło. Podobnie na zjazdach partii. W relacji dotyczącej finiszu kampanii PSL pojawiła się Ewa Kierzkowska, która stała u boku partyjnych kolegów, ale nie dane było jej zabrać głos, przynajmniej nie w świetle kamer. Irytować też mogły spoty wyborcze, gdzie kobiety pełniły taką samą rolę jak w reklamach dezodorantów dla mężczyzn. Owszem, były to bardziej lokalne spoty, które kierowane były do odbiorców w konkretnym regionie, ale w niczym to nie zmienia faktu, że nasz bodyguard z SLD, odmówił "zapłaty w naturze", preferując głos oddany na swoją osobę.
W tegorocznej kampanii bardzo mało uwagi poświęcono prawom kobiet. Podobnie jak w poprzednich latach, żadnej partii specjalnie nie zainteresowała kwestia szklanego sufitu. Z tego co obiło mi się o uszy, Janusz Palikot na swojej stronie internetowej wspominał coś o wyrównaniu płac kobiet i mężczyzn. Coś o przedszkolach wspominała Katarzyna Piekarska w spocie SLD, PJN interesował się dobrem rodziny, ale tego było niewiele.
Mam nadzieję, że tym razem chociaż dwie rzeczy ulegną zmianie. Po pierwsze, zwiększy się frekwencja wśród kobiet, które nie pozwolą na dłuższe ignorowanie ich problemów, jak chociażby zbyt mała ilość żłobków czy nierówne płace. Po drugie, kobiety poczują solidarność z kandydatkami reprezentującymi ich poglądy i to na nie oddadzą swój głos. Bo jeśli kobieta nie zagłosuje na kobietę, to kto to zrobi?
czwartek, 29 września 2011
Kobiety do urn
Dzisiaj będzie bardzo krótka notka. Wczoraj oglądałam telewizję i akurat nie wyszłam w trakcie przerwy reklamowej, i moim oczom objawiła się reklama społeczna Fundacji Batorego, zachęcająca kobiety do decydowania o sobie i pójściu na wybory. Bardzo podoba mi się jej przekaz, żeby nie oddawać władzy i głosu mężczyznom, by samym kształtować polską rzeczywistość i prawo, wybierając własnych kandydatów/kandydatki do Sejmu i Senatu. W reklamie jest mowa o tym, że jesteśmy połową społeczeństwa i nie należy wyłączać się z uczestnictwa w nim. Chociaż nie bardzo widzę kandydatów, którzy by mi odpowiadali w 100%, pójdę na wybory by wybrać najbliższe mi osoby i programy. Tylko wtedy będę miała prawo narzekać, że w Polsce dzieje się źle. Rezygnacja z podstawowych praw obywatelskim, jakim jest niewątpliwie prawo do głosowania, jest zgodzeniem się na taki stan rzeczy, którzy wykreują ci członkowie społeczeństwa, którzy poświęcą chwilę by znaleźć swojego przedstawiciela i oddać na niego głos.
piątek, 23 września 2011
Mądrości pani Żuraw
Zbliżają się wybory, zatem nadszedł czas na paprotki. Wszyscy liderzy partii zaczęli otaczać się młodymi, ładnymi kobietami, aby ocieplić swój wizerunek. Owe panie i tak startują z tak odległych miejsc na listach, że nie mają szans zaistnieć w polityce. Mimo to wciąż nie brakuje chętnych do pokazania się w mediach. Jedne z nich tę szansę wykorzystują lepiej, drugie gorzej. Niektóre wręcz się ośmieszają. Jakieś 2 dni temu natknęłam się na "cudowne" wypowiedzi pani Magdaleny Żuraw, kandydatki do Sejmu z list PiSu. Jest ona jednym z aniołków tej partii. Myślałam, że młode kobiety nie mają mentalności Anny Sobeckiej, wychowały się wszakże w wolnej Polsce, mają dostęp do internetu, kontakt z zagranicą, studiują, więc powinny być mądrzejsze, ale nic bardziej mylnego. Oto kilka kwiatków: Nie jesteśmy, drogie panie, geniuszami - i całe szczęście! Jesteśmy kobietami - tym, co zostało stworzone, by być upiększeniem i ostoją dla geniusza! Nie rozumiemy, że posiadanie mniejszego IQ nie świadczy o mniejszej wartości osoby? Nie? No właśnie..” „Plaga zdeterminowanych kobiet rozszerza się na wszelkie znane światu zawody. Można je spotkać w urzędach, barach, na stacjach benzynowych, wojsku, policji, na uniwersytetach, rajdach samochodowych, w sądach, przychodniach.. etc. Wszędzie też gdzie się pojawiają - niszczą. (…)
Nie wiem, co trzeba wąchać albo w jakich warunkach zostać wychowaną, by samą siebie uważać za głupszą. Podejrzewam, że ta pani ma bardzo niskie poczucie własnej wartości, dlatego uważa siebie za głupszą. Możliwe też, że nie bez znaczenia pozostają studia, ukończyła filozofię na Uniwersytecie im. kardynała Wyszyńskiego. Nie od dziś wiadomo, że w kręgach osób duchownych i teologów można obok osób o umiarkowanych poglądach, znaleźć też oszołomów, którzy skutecznie wypiorą mózg, wmawiając człowiekowi, że jest głupszy z racji płci. Nie tak dawno arcybiskup Michalik udzielił wywiadu, w którym umartwiał się nad feminizacją społeczeństwa i tym, że kobiety tracą kobiecość, a mężczyźni swoją męskość. Przyczyna? Rzecz jasna równouprawnienie. Nie wiem, skąd ta pani czerpie informacje o rzekomo niższym IQ kobiet. Nie wiem, jak można cieszyć się byciem tylko tłem dla mężczyzny. Radość z pełnienia roli kolorowej ściany jest dla mnie dziwnym zjawiskiem.
"Te z kobiet, które wybierają księciów, siłą rzeczy powinny uznać ich wyższość i przewodnictwo. A gdy uznają, nie muszą kruszyć kopii o umiejętność władania mieczem. Do tego jednak potrzebne jest przyznanie, że jest się w czymś gorszą. I jakże ciężko wytłumaczyć kobiecie, że bycie gorszą we władaniu mieczem nie jest poniżeniem! Na czym ma polegać wyższość naszych książąt? Przede wszystkim na fakcie, że byle gałąź nie zrzuci ich z konia – czyli na umiejętności dostrzegania i pokonywania przeszkód do czego potrzebna jest.. inteligencja. Inteligencja pozwala naszym obrońcom władać tym światem." Retoryka na poziomie księżniczka-książę jest dla mnie mocno infantylna. Jest obecna w bajkach dla dzieci, ale w dorosłym życiu powinno się z niej wyrosnąć. Jeśli tak się nie dzieje, to mamy problem w życiu dorosłym. Bajkowe wyobrażenie o życiu boleśnie rozmija się z rzeczywistością. Na księcia na białym koniu można czekać całe życie i się nie doczekać. Ale obawiam się, że w przypadku tej pani wystarczy tylko, by trafić na właściciela penisa. Reszta nie ma znaczenia, bo dla niej każdy mężczyzna jest geniuszem, a każda kobieta ma inteligencję ameby. To smutne, bo rodzi patologię. Mężczyzna może pić, bić, a i tak z nim pozostanie ze względu na jego rzekomy intelekt. Jakbym mojemu przyjacielowi zaczęła zawracać głowę elementarnymi pytaniami, to prędko przestałby mi cokolwiek tłumaczyć, bo najzwyczajniej w świecie, zdenerwowałby się. Jeśli mężczyzna cieszy się z niesparanego inteligencją cielęcego spojrzenia i peanów na jego cześć, to znaczy, że ma silnie zakorzenione kompleksy. Normalny człowiek poczuje niesmak. Jednak większość ludzi woli komunikować się i przebywać z osobami, z którymi można porozmawiać na poziomie, a nie tylko wygłaszać monologi. Oczywiście nie neguję tutaj zadawania pytań, sama nie jestem alfą i omegą, i jak czegoś nie wiem, to zwyczajnie pytam się osób, które mają nieco większą wiedzę w danej dziedzinie. Ale robienie z siebie popisowej idiotki jest po prostu żałosne.
"Jakże cudownie mieć u swego boku inteligentniejszego i bardziej światłego mężczyznę, który pozwala nam odkrywać niezgłębione jeszcze tajemnice tej rzeczywistości. Który mówi nam, że wilk przebrany za babcię nie jest babcią i nie możemy przy całej dobroci naszego serca nieść jej w takiej sytuacji koszyczka z jedzeniem. Który nas chroni i uczy. Mądry, wartościowy mężczyzna jest chlubą kobiety. Zaś jego wyższość intelektualna przyozdabia ją pełnym blaskiem, który wzbudza zazdrość u niewiast związanych z głupszymi od nich mężczyznami." Nie wiem, jak ta pani, ale ja nie chciałabym mieć u swojego boku kogoś o kilka leveli wyżej, bo zwyczajnie nie miałabym o czym z tą osobą rozmawiać. Z kolei jak zależy mi na poszerzeniu swojej wiedzy, to idę na studia, kurs, czytam odpowiednie podręczniki. Nie potrzebuję być z kimś, z kim dzieli mnie przepaść intelektualna, bo taki związek nie napędza żadnej ze stron do dalszego rozwoju. Jeśli ta pani wierzyła kiedykolwiek, że wilk przebrany za babcię jest babcią, to należałoby ją skonsultować ze specjalistą.
"Sakineh Mohammadie Ashtiani, Iranka skazana przez rodzimy sąd na ukamienowanie, stała się w ostatnich miesiącach ikoną walki o prawa kobiety. Jednak państwo, nakładające w świetle prawa kary na osobę, która dopuściła się konkretnego przestępstwa, podpadającego pod konkretny paragraf, jest państwem zdrowym, a przede wszystkim suwerennym. Państwo, które pod naciskiem opinii publicznej zawiesza wykonywanie wyroków, suwerenne nie jest. - pisze Magdalena Żuraw" Nigdy nie zrozumiem hipokryzji drzemiącej w niektórych ludziach. Z jednej strony są katolikami, stojącymi na straży Bożych praw, z drugiej nie przeszkadza im zabijanie w imię prawa niewinnych osób. Jak dla mnie kara śmierci nawet dla najgorszych przestępców jest niehumanitarna, ale nie potrafię zrozumieć, jak można być Europejką i cieszyć się, że ukamieniowano Irankę. Czytając takie pseudomądrości, zastanawiam się, co ta pani bierze i jak to coś bardzo musi być zanieczyszczone innymi substancjami.
"Feministki powstają z kompleksów i starają się każdej kobiecie wmówić, że nie kompleksy a troska o jej los przemawia przez ich usta. Nic bardziej mylnego. Przez feministki dzieci nie mają matek w domach, każda z nas musi kończyć studia - żeby dostać pracę, każda pracować - żeby mieć pieniądze na życie a przy tym żadna nie ma fachu w ręku. Wszystko w ramach zespolenia wszystkich uświadomionych sił kobiecych dla podniesienia na wyższy szczebel rozwoju kulturalnego ogółu kobiet i zamienienie ich z biernego, ujemnego żywiołu w społeczeństwie na czynny, dodatni." Zawsze myślałam, że na studia idzie się po to, by mieć fach w ręku. Nie wiem, po co w takim razie ta pani ukończyła studia filozoficzne i pcha się do polityki. Do garów i dzieci rodzić! Nie wiem, jak mogła zabrać miejsce jakiemuś geniuszowi męskiemu, który przez nią nie mógł rozwijać swojego intelektu. "Przeciętny ankietowany na pytanie, czy kobieta powinna piastować stanowiska przeznaczone do niedawna wyłącznie mężczyźnie, odpowie twierdząco. Zapytany nieco inaczej: czy jego żona, córka, matka powinna pracować (nawet za poważne wynagrodzenie) jako górnik, rzeźnik, alfons czy szambiarz ? popuka się w czoło. Dlaczego? Bo to kobiecie nie przystoi. Więc jednak!" A to jest mój ulubiony cytat, popłakałam się przy nim ze śmiechu. Alfons jawi się nam tutaj po pierwsze, jako zawód, nie przestępca, po drugie, jest dość prestiżowym zawodem, bo dobrze płatnym. Czyżby PiS wraz z Żuraw postanowiło zalegalizować prostytucję? Myślę, że żaden rodzic nie marzy o karierze alfonsa czy to dla córki, czy też dla syna. Gdybym była górnikiem, rzeźnikiem, szambiarzem poczułabym się urażona zestawieniem mojego zawodu obok alfonsa.
piątek, 26 sierpnia 2011
Organizmy modyfikowane genetycznie (GMO)-zbiorowa histeria w mediach
Powracam do blogowania po dłuższej przerwie. Mam nadzieję, że teraz będę miała więcej czasu na co dzień i uda mi nadrobić zaległości związane z tym, co dzieje się dokoła nas. I czasem znajdę chwilę, żeby naskrobać coś na blogu. Ostatnio przetoczyła się przez media "dyskusja" nt. GMO. Dlaczego dyskusję ujęłam w cudzysłów? Każda debata powinna składać się z przedstawienia różnych punktów widzenia i obiektywnej postawy dziennikarza, który stara się nie opowiadać po żadnej ze stron. Co widzieliśmy w mediach? Zbiorową histerię i kpiny z GMO. A problem jest poważny i wart rzetelnej debaty. Faktem jest, że choć w Europie ludności nie przybywa w jakimś niesłychanym tempie, to w Afryce i Azji przyrost jest ogromny. Coraz więcej terenów uprawnych trafia pod zabudowę. Powstają nowe osiedla, centra handlowe, firmy i fabryki. Areał upraw zmniejsza się. Dodatkowo obserwujemy gwałtowne zjawiska synoptyczne i zmianę klimatu. W maju pada śnieg, w lipcu nawiedzają nas powodzie, lata bywają zimne i upalne na zmianę. To wszystko wymusza pewne zmiany w rolnictwie. Trzeba produkować więcej żywności, taniej, w trudnych warunkach, na mniejszej powierzchni. Pewnym rozwiązaniem jest tutaj GMO. Przenosząc korzystne cechy pomiędzy gatunkami, można uzyskać owoce odporne na mrozy, insekty, zdolne do wzrostu na mniej żyznej glebie. Ludzie boją się zjadania obcych genów. Ale czy słusznie? Nieustannie konsumujemy obce geny. DNA i RNA, kwasy nukleinowe, które można nazwać nośnikami informacji genetycznej, są obecne we wszystkim co jemy. Znajdziemy je w tatarze, bananie i ziemniaku. Każdy żywy organizm ma swoją informację genetyczną. Mało tego, nasze organizmy zostały tak wyposażone metabolicznie, że wytwarzamy RNazy i DNazy, enzymy odpowiadające za rozkład kwasów nukleinowych. Oczywiście, istnieją dzienne dawki kwasów nukleinowych, jakie możemy spożywać bez szkody dla naszego organizmu. Dlatego nie możemy spożywać glonów w nieograniczonych ilościach, choć to niesamowite źródło białka dla naszego organizmu. Ponadto organizmy modyfikowane genetycznie to żadna nowość, nektarynka powstała z połączenia genów ze śliwki i brzoskwini. Czy większość z nas boi się jeść nektarynki? Czy zaistniały jakieś problemy wskutek spożywania tychże owoców? Oczywiście, każde przedsięwzięcie biotechnologiczne wymaga badań. Zdarzało się bowiem, że zmodyfikowana soja słabo się adaptowała do warunków lokalnych. Pewne białka wytwarzane w danej roślinie w wyniku zabiegów inżynierii genetycznej, wywoływały reakcje alergiczne. Jednakże dzięki inżynierii genetycznej możemy ograniczyć ilość chemii wprowadzanej do żywności wskutek nawożenia. To może wpłynąć korzystnie na nasze zdrowie. Kolejne substancje wykorzystywane przy produkcji żywności są badane i stwierdza się ich właściwości kancerogenne. Obserwujemy wzrost zachorowalności na nowotwory. Przyczynia się do tego konsumpcja wielu chemikaliów. Tutaj ogromną rolę mogą odegrać organizmy modyfikowane genetycznie, które w sposób naturalny będą odporne na owady, pleśnie, grzyby. Przeniesienie genu chitynaz z bakterii do bananów może ograniczyć konieczność stosowania preparatów grzybobójczych.
Ponadto w Ameryce od lat uprawia się i konsumuje GMO. Nie zaobserwowano zwiększonej tendencji do alergii czy zapadalności na inne choroby. GMO nie wyparły też roślin rodzimych. Istnieją pewne zasady dotyczące upraw kukurydzy z genem Bacillus thuringensis. Ów gen odpowiada za wytwarzanie białka, które jest toksyczne dla owadów, ale nie dla człowieka. Taka zmodyfikowana kukurydza musi znajdować się w sąsiedztwie niezmodyfikowanej, żeby nie doszło do skrzyżowania dwóch odpornych owadów i rozprzestrzeniania się odporności. W wyniku ekspozycji na szkodliwy czynnik, dochodzi do adaptacji i pojawiania się osobników odpornych.
Wszelkie wpadki biotechnologiczne są wałkowane przed media. To dobrze, bo trzeba mieć świadomość zagrożeń, ale niepokojące jest to, że niemal w ogóle nie wspomina się o sukcesach, które przeważają. Złoty ryż to ogromna nadzieja dla krajów azjatyckich, gdzie panuje kurza ślepota wywołana niedoborem witaminy A. Biały ryż nie zawiera tej witaminy. Naukowcy stworzyli ryż, wskutek przeniesienia genu z narcyza i Erwinia uredovora (gramujemnej bakterii) do tradycyjnego ryżu. W ten sposób umożliwili wytwarzanie witaminy A. Jest to ogromna szansa dla ludności azjatyckiej.
Można by też rozważyć produkcję GMO ze względu na biedę. GMO jest tańsze od tradycyjnych upraw, stworzenie nowej odmiany jest kosztowne, ale poniesione wydatki szybko się zwracają. Jest to szansa dla biednej ludności. Nie chciałabym w żadnym razie sugerować, że biednym można dać wszystko do zjedzenia. Pragnę jedynie zaznaczyć, że przebadana rzetelnie żywność modyfikowana genetycznie, wyraźnie oznaczona, może stanowić pewną alternatywę dla ludzi biednych, których nie stać na owoce i warzywa. Tanie marchwie, fasole, kukurydze, jabłka zmodyfikowane genetycznie mogą poprawić kondycję zdrowotną uboższych członków społeczeństwa. Wszelkie geny, które przenosimy, występują naturalnie w przyrodzie. Geny kodują wytwarzanie odpowiedniego białka, a człowiek posiada proteinazy, enzymy trawiące białka. Możemy pominąć białka odpowiedzialne za zwalczanie insektów, pleśni itp. Zastanówmy się nad przeniesieniem genów kodujących białka w bobie do marchewki. W ten sposób marchewka zyskuje dodatkowe wartości odżywcze, a jednocześnie trudno tu mówić o pewnej nienaturalności. Te same białka zjadamy w bobie.
Oczywiście, należy sprawdzić, czy oprócz geny na pożądane białko nie przenieśliśmy genu umożliwiającego wytwarzanie toksyny. Trzeba zbadać, czy wytwarzane białko nie jest alergenem. Trzeba również sprawdzić wpływ na uprawy lokalne i adaptację do warunków.
Nawet w sytuacji, gdyby w Polsce wprowadzono GMO, musi istnieć bezwzględny obowiązek informowania konsumenta o tym, że ma do czynienia z produktem modyfikowanym genetycznie. Każdy z nas powinien mieć prawo wyboru w oparciu o rzetelnie przedstawione informacje poparte danymi empirycznymi. O GMO trzeba dyskutować, choć popieram wprowadzenie organizmów zmodyfikowanych genetycznie, to jestem w stanie zrozumieć, że na razie ustawa o nasiennictwie nie ulegnie zmianie, ale chciałabym, żeby nastąpiło to po rzetelnej debacie popartej racjonalnymi argumentami, a nie po zbiorowej histerii na Facebooku i błyskotliwych komentarzach panów dziennikarzy, że "ustawa jest bliska politykom, gdyż obiecywali oni już niejednokrotnie gruszki na wierzbie". Na manifestacjach przeciwko GMO pojawili się artyści i dziennikarze. Chciałabym usłyszeć racjonalne argumenty z ich strony, poparte danymi badawczymi, a nie tylko "jestem przeciwko GMO". |
Archiwum
Zakładki:
Blogi na rzecz równości
Polityka
Strony na rzecz równości
Tagi
|